Optymizm autorów raportów wspomnianych w pierwszej części tego artykułu  https://dfe.org.pl/czy-zastapia-nas-roboty-analiza-wplywu-sztucznej-inteligencji-oraz-innych-technologii-na-rynek-pracy-czesc-1/wynika z obserwacji wcześniejszych rewolucji technologicznych. Historia pokazuje, że postęp, choć pozbawia tymczasowo część osób pracy, to w dłuższej perspektywie prowadzi do zwiększenia zatrudnienia oraz przyspieszenia wzrostu realnych wynagrodzeń. Po wspomnianej pauzie Engelsa, czyli zamrożeniu wynagrodzeń przez około 50 lat, po 1850 roku płace zaczęły wzrastać szybciej niż produktywność, czyli klasa pracująca zaczęła otrzymywać większy udział w tworzonej wartości dodanej. Powstały nowe zawody związane z produkcją i utrzymaniem maszyn – pojawiło się zapotrzebowanie na operatorów, mechaników inżynierów i finansistów oraz menedżerów. Szerokie zastosowanie komputerów pozbawiło pracę maszynistki, sekretarki oraz księgowych – w USA komputeryzacja doprowadziła do zwolnienia ok. 3,5 mln osób od 1980 roku. Masowe zastosowanie komputerów stworzyło jednak zapotrzebowanie na nową pracę, które znacznie przewyższyło redukcję zatrudniania. Powstało ponad 19 mln stanowisk związanych z produkcją komputerów i oprogramowania, zatem po odjęciu redukcji zatrudnienia, przybyło pracy dla ponad 15 milionów ludzi (grafika poniżej).

Żródło: Bughin, J., Manyika, J., & Woetzel, J. (2017). Jobs lost, jobs gained: Workforce transitions in a time of automation. McKinsey Global Institute.

Żródło: Bughin, J., Manyika, J., & Woetzel, J. (2017). Jobs lost, jobs gained: Workforce transitions in a time of automation. McKinsey Global Institute.

Biznes, którego symbolami stały się takie firmy jak Microsoft czy IBM zatrudnia ok 3 mln osób. Ponadto, pojawiły się nowe zawody związane z użytkowaniem komputerów – graficy komputerowi, analitycy, administratorzy systemów IT, cały sektor e-commerce oraz pracownicy call centers, które prawie nie istniały przed pojawieniem się komputerów. Wynalezienie samochodów pozbawiło pracy kowali czy rymarzy, ale dało zatrudnienie w ogromnej dziś branży motoryzacyjnej. Ponadto, pojawiły się nowe zawody związane z budową oraz utrzymaniem całej infrastruktury komunikacyjnej – chodzi nie tylko o budowę dróg i mostów, masowe wykorzystanie samochodów stworzyło nowe stanowiska w branży turystycznej i gastronomicznej (motele i bary) oraz zdynamizowało rozwój przemysłu energetycznego (rafinerie, stacje benzynowe).

Bardzo ciekawy jest przypadek bankomatów. Wydaje się, że ich pojawienie się powinno stanowczo zredukować zatrudnienie w bankowości. Główną rolą osób pracujących w placówkach bankowych było przyjmowanie i wypłacanie pieniędzy. Bankomaty przyczyniły się jednak do istotnego wzrostu zatrudniania w obszarze obsługi klienta w bankach. Zmienił się jednak zakres zadań i kompetencji, zamiast obsługi kasowej pracownicy oddziałów bankowości zmienili się w doradców, którzy skupiają się na analizie potrzeb klientów i sprzedaży coraz bardziej wyrafinowanych produktów finansowych. Automatyzacja wpłat i wypłat znacznie obniżyła koszty operacyjne oddziałów banków, co pozwoliło na dalszy rozwój całego sektora finansowego. Nowa oferta bankowości detalicznej wymagała zatrudnienia osób o nowych kompetencjach – skrupulatność oraz umiejętność liczenia zostały zastąpione przez kompetencje społeczne związane z diagnozą potrzeb klientów oraz przekonywaniem ich do zakupu szerokiej gamy produktów pożyczkowych oraz inwestycyjnych.

Rozwój motoryzacji stanowi analogiczny przypadek. Zwiększona wydajność obserwowana w fabrykach Forda w pierwszej połowie ubiegłego stulecia doprowadziła do obniżki cen samochodów oraz wyższej jakości tych produktów. To wywołało zwiększony popyt na samochody, co następnie pociągnęło za sobą wzrost zatrudnienia w fabrykach. Pomiędzy rokiem 1909 a 1915 produktywność wzrosła blisko trzykrotnie (liczona, jako liczba samochodów produkowanych na jednego pracownika), cena modelu „T” spadłą o połowę, a sprzedaż wzrosła trzydziestokrotnie. Ten zwiększony popyt na samochody nie mógł zostać zaspokojony przez dodanie nowych maszyn. Pomijając fakt, że samo „dołożenie” nowych maszyn generuje pracę – ktoś musi je zaprojektować, sprzedać, kupić, zmontować i później obsługiwać oraz serwisować – zwiększona produkcja generuje konieczność zatrudniania osób w innych działach na stanowiskach, których zautomatyzować w danym momencie się nie da. Patrząc na historię postępu technologicznego, były to stanowiska związane z zarządzaniem, marketingiem, planowanie czy finansami.

Żródło: Bughin, J., Manyika, J., & Woetzel, J. (2017). Jobs lost, jobs gained: Workforce transitions in a time of automation. McKinsey Global Institute.

Żródło: Bughin, J., Manyika, J., & Woetzel, J. (2017). Jobs lost, jobs gained: Workforce transitions in a time of automation. McKinsey Global Institute.

Dlaczego historia przestała się powtarzać?

Skoro automatyzacja w odległej przeszłości prowadziła do zwiększenia zapotrzebowania na pracę i wyższych pensji, dlaczego w ostatnich trzech dekadach związek ten się rozszczepił w niektórych krajach rozwiniętych? W USA po roku 2000, mimo utrzymania tempa wzrostu produktywności (output per hour), mediana realnych wynagrodzeń stanęła w miejscu.

Źródło: Frank, M. R., Autor, D., Bessen, J. E., Brynjolfsson, E., Cebrian, M., Deming, D. J., … Rahwan, I. (2019). Toward understanding the impact of artificial intelligence on labor. Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America

Źródło: Frank, M. R., Autor, D., Bessen, J. E., Brynjolfsson, E., Cebrian, M., Deming, D. J., … Rahwan, I. (2019). Toward understanding the impact of artificial intelligence on labor. Proceedings of the National Academy of Sciences of the United States of America

Interpretacji tego stanu rzeczy jest kilka. Jedni winią off-shoring produkcji oraz usług – nie chodzi tylko o przenoszenie produkcji do dalekiej i środkowej Azji, ale także tworzenie BPO oraz SSC, które powstają między innymi w Polsce. Inni podkreślają, że tempo automatyzacji jest zbyt wolne, natomiast rozwój sztucznej inteligencji może zdynamizować wzrost produktywności prowadząc do wyższych dochodów kapitalistów oraz klasy pracującej. Najbardziej przekonujące, kompleksowe wytłumaczenie tego zjawiska przedstawiają, wg mnie, Daron Acemoglu z MIT oraz Pascual Restrepo z Boston University. Po pierwsze, uważają, że automatyzacja sama w sobie nie musi prowadzić do zwiększenia produktywności, która pociąga podwyższony popyt na pracę. Niektóre technologie pozwalają znacznie zredukować zatrudnienie i powodują relatywnie mniejsze (w stosunku do redukcji zatrudnienia) wzrosty produktywności. Przedsiębiorstwa decydują się na taką automatyzację, bo faktycznie obniża to trochę koszty, ale obniżka jest na tyle nieduża, że nie pozwala ona na spadek cen, jak we wspomnianym przykładzie Forda „T”. Analiza robotyzacji w USA wykonana także przez Acemoglu i Restrepo prowadzi do wniosku, że instalacja jednego robota skutkuje utratą pracy kilku zatrudnionych osób oraz prowadzi do obniżki wynagrodzeń. Liczba osób zwolnionych waha się w przedziale 3-5,6 osób. Co ciekawe, podobne badanie wykonane w Niemczech nie potwierdziło tych zależności, tj. robotyzacja nie prowadzi u naszych zachodnich sąsiadów do redukcji zatrudnienia, choć wpływa negatywnie na poziom płac – przyczyny tego stanu rzeczy będą jeszcze omawiane w kolejnych częściach artykułu.

Niektóre technologie, choć pozwalają na obniżenie kosztów przez redukcję zatrudnia, pogarszają niestety jakość produktów, więc popyt ze strony klientów nie wzrasta. Przykładem mogą być automatyczne, telefoniczne biura obsługi klienta (oczywiście nie wszystkie). Produkujemy taniej, ale nie możemy sprzedać więcej, bo klienci są mniej zadowoleni z serwisu. Taką automatyzację Acemoglu i Restrepo określają jako so-so technologies. Automatyzacja sama w sobie, szczególnie jeśli prowadzi do niewielkich wzrostów produktywności, skutkuje w obniżeniu zapotrzebowania na pracę i redukcji zatrudnienia oraz zamrożeniu wynagrodzeń. Jeśli skala tych zjawisk jest duża, to automatyzacja może prowadzić do zubożenia niektórych warstw społecznych. Zmiany na rynku pracy, skutkujące podwyższeniem bezrobocia lub stagnacją płac, prowadzą (co dość oczywiste dla osób, które tym rynkiem się interesują) do niepokojących zjawisk społecznych. Naukowcy z Uniwersytetu w Princeton w 2015 roku opublikowali artykuł dotyczący wzrostu śmiertelności i pogorszenia stanu zdrowia w latach 1999 – 2013 wśród białych Amerykanów w średnim wieku. Bezpośrednią przyczyną tego wzrostu była zwiększona liczba samobójstw, nadużywanie alkoholu i narkotyków oraz przedawkowanie leków. Wśród przyczyn pierwotnych, badacze sugerują takie zjawiska, jak: niepewność ekonomiczna, spadek produktywności i rosnące nierówności dochodowe. Pewnie nikogo nie zaskoczę, jeśli dodam, że największe wzrosty śmiertelności notowano wśród gorzej wykształconych.

Przyczyną zwiększenia popytu na pracę oraz wzrostu płac są głównie te technologie, które generują nowe zadania! Jeżeli przyjrzeć się wcześniejszym rewolucjom technologicznym, doprowadziły one do powstania wielu zupełnie nowych stanowisk pracy. Mechanizacja, elektryfikacja czy komputeryzacja mimo redukcji zatrudnienia w tradycyjnych zawodach (kowale, szwacze, piekarze, rymarze, itd.), wywołały popyt na pracę w zupełnie nowych dziedzinach, tworząc takie stanowiska jak: operator linii produkcyjnej, mechanik, elektryk, automatyk, informatyk, analityk danych. Zatrudnienie w niektórych gałęziach gospodarki zmalało drastycznie, np. dziś rolnictwo w krajach rozwiniętych obejmuje kilka procent ludności czynnej zawodowo, ale w połowie dziewiętnastego wieku ok 50% siły roboczej znajdowało się w tym sektorze. Przez ostatnie 150 lat znacznie wzrosło zatrudnienie w szkolnictwie, służbie zdrowia, usługach finansowych czy handlu. Liczne nowe zawody, które pojawiały się na przestrzeni ostatniego stulecia, jak: elektronik, programista, specjalista ds. marketingu, inżynier sprzedaży, specjalista ds. compliance, itd., wiązały się z pojawieniem nowych zadań, których automatyzacja była na danym etapie rozwoju niemożliwa. Wymagały one nowych kompetencji, co dawało pracę edukatorom. Waga tych zawodów oraz ich wpływ na produktywność pozwalały na wzrost wynagrodzeń.

Joseph Schumpeter w połowie ubiegłego stulecia wprowadził termin „twórcza destrukcja”, który dobrze oddaje istotę zmian technologicznych prowadzących do stworzenia nowych zadań. Choć digitalizacja obrazu okazała się bolesna dla Xeroxa, Polaroida czy Kodaka oraz niektórych firm poligraficznych, to jednocześnie wykreowała ogromny rynek smartfonów, tabletów oraz zdynamizowała rozwój PC-tów. Niekiedy nowe stanowiska wcale nie muszą się wiązać z automatyzacją, ale wraz z nią, czy obok niej, powstają wynalazki, których rozpowszechnienie tworzy nowe obszary gospodarki. Pojawienie się samochodów na masową skalę oczywiście nie byłoby możliwe bez automatyzacji, ale to nie automatyzacja stworzyła cały przemysł motoryzacyjny, paliwowy wraz z towarzyszącą im infrastrukturą drogową, ale wynalazek w postaci automobilu stworzył nowe zadania, nowe rynki, nowe ogromne gałęzie gospodarki. Wspomniana analiza skutków robotyzacji dla rynku pracy w USA zrealizowana przez Acemoglu oraz Restrepo pokazuje, że instalacja nowego robota prowadzi do redukcji kilku etatów i nie powoduje takiego samego popytu na inne stanowiska. Ten przykład dowodzi, że sama automatyzacja, jeżeli przynosi niewielki marginalny przyrost produktywności, prowadzi do redukcji zatrudnienia netto.

Trzy fale

Czy obecny rozwój technologiczny wraz z rosnącymi nakładami na badania nad sztuczną inteligencją doprowadzą do skokowych przyrostów produktywności oraz stworzą nowe zadania i nowe zawody? Niektórzy naukowcy mają sporo obaw. Ciekawy w tym kontekście wydaje się raport PWC, który zakłada, że automatyzacje przebiegać będzie w trzech falach. Pierwsza, fala algorytmów (algorythmic wave), która będzie miała miejsce głównie na początku lat dwudziestych, obejmie komputeryzację obliczeniowych czynności w oparciu o ustrukturyzowane dane. Dotknie ona szeregu stanowisk związanych z przetwarzaniem danych – księgowanie, proste analizy polegające głównie na zestawianiu danych i przygotowaniu raportów, kalkulowanie i przygotowanie ofert, itd. Ta fala pozwoli na redukcję wielu stanowisk w sektorze finansowym, administracji wewnątrz organizacji oraz w obsłudze klienta. Te rozwiązania już są widoczne – aplikacje pozwalające na zautomatyzowane tworzenie ofert dla klientów, systemy do rozpoznawania i procesowania dokumentów czy kasy samoobsługowe w supermarketach. Czy ta fala automatyzacji przyniesie skokowe wzrosty produktywności, jak wdrożenie bankomatów, lub stworzy nowe zadania, jak niegdyś rozwój motoryzacji? Mam nadzieję, że się mylę, ale obawiam się, że te efekty mogą być zbyt małe, aby zrównoważyć redukcję zatrudnienia.

Żródło: Hawksworth, J., Berriman, R., & Goel, S. (2018). Will robots really steal our jobs?: An international analysis of the potential long term impact of uutomation. PwC

Żródło: Hawksworth, J., Berriman, R., & Goel, S. (2018). Will robots really steal our jobs?: An international analysis of the potential long term impact of uutomation. PwC

Druga fala, fala augmentacji (augmentation wave – nie mam pomysłu jak to lepiej przetłumaczyć), która zdominuje drugą połowę zbliżających się lat dwudziestych, będzie polegać na automatyzacji powtarzalnych operacji, jak wypełnienie formularzy, wymiana prostych informacji czy analiza nieustrukturyzowanych danych. Rozwój uczenia maszynowego niewątpliwie zmieni szereg zawodów, których ważnym elementem jest np. podejmowanie decyzji kredytowych lub obliczanie ryzyka ubezpieczeniowego. Ta fala będzie się wiązać z rozpowszechnieniem rozwiązań obecnych na razie wyłącznie w bardzo dużych organizacjach – np. bazujący na sztucznej inteligencji asystenci pomocni w rekrutacji oraz onboardingu pracowników w takich firmach jak IBM czy Unilever. Augmentacja pozwoli na jeszcze bardziej zautomatyzowane przemieszczanie różnych obiektów w przestrzeni magazynowej, ale będzie wymagać ścisłego nadzoru ludzkiego. W dużym uproszczeniu, ta faza automatyzacji pozwoli na redukcję zatrudnienia na stanowiskach o mocno zrutynizowanych zadaniach – magazynierzy, pakowacze, część stanowisk tzw. białych kołnierzyków związanych ze zbieraniem i analizowaniem danych a także komunikacją z kontrahentami czy pracownikami. Pracę stracą asystenci czy pracownicy działów obsługi klienta, ale w dalszym ciągu decyzje będą podejmować ludzie. Roboty będą potrzebować operatorów, a zaawansowane aplikacje informatyczne przetworzą dane, za co dziś odpowiadają stanowiska asystenckie, ale w ludzkiej gestii pozostanie zrobienie użytku z tych informacji. Pracownicy działu HR nie będą musieli odpowiadać na pytania ile komu pozostało dni urlopowych ani ile nadgodzin zrealizował jakiś pracownik. Specjaliści obsługi klienta nie będą musieli przekazywać informacji, których interpretacja nie wymaga szczególnego wysiłku a rekruterzy nie będą musieli analizować setek CV, bo to zadanie zlecą swojemu cyfrowemu asystentowi. Automatyzacja części zadań nie wyeliminuje z nich człowieka, który będzie współpracować z maszynami i je nadzorować. Ludzie będą wykorzystywać roboty i komputery, aby skupić się na tym, co wymaga kompetencji wyłącznie ludzkich, jak: planowanie, projektowanie, rozwiązywanie problemów, doradzanie. Czy ta interakcja, określana niekiedy jako kobotyzacja będzie się wiązać z powstaniem nowych zadań? Wydaje się, że tak, bo podobnie jak w przypadku bankomatów, zakres skomplikowanych zadań może się wyraźnie zwiększyć. Kadrowiec będzie mógł skupić się na analizie skuteczności benefitów zamiast na liczeniu wynagrodzeń – to oczywiście już ma miejsce w dużych firmach, gdzie za te zadania odpowiadają zwyczajnie inne działy, ale w średniej wielkości organizacjach, zmiana charakteru pracy generalisty HR może być istotna. Tenże generalista pracy nie straci, ale szereg jego zadań wykona za niego technologia, dzięki czemu on skupi się na tym, czego zautomatyzować nie można. Wśród skutków automatyzacji, oprócz powstania nowych zadań, można się spodziewać znacznych wzrostów wydajności pracowników. Analizy MGI prowadzą do wniosku, że (szczególnie w niektórych sektorach) waga wzrostu produktywności będzie wielokrotnie większa od efektu zastępowania pracy. Dotyczy to np. działów R&D w branży farmaceutycznej (performance gains 94% vs. labor substitution 6%), projektowania samochodów (performance gains 86% vs. labor substitution 14%) czy marketingu dóbr konsumenckich (performance gains 90% vs. labor substitution 10%). Trudno dziś odpowiedzieć czy fala augmentacji przyniesie więcej redukcji pracy czy więcej popytu na nią, ale przyjmując powyższe ramy zaproponowane przez Acemoglu oraz Restrepo, można pozwolić sobie na trochę optymizmu.

Trzecia fala, fala autonomiczności (autonomous wave) obejmie pracę fizyczną wymagającą dużej zręczności a także rozwiązywanie problemów. Dalszy postęp uczenia maszynowego wraz ze spadającą ceną technologicznie zaawansowanych produktów pozwoli stosować rozwiązania oparte na sztucznej inteligencji na szeroką skalę. W latach trzydziestych możemy się spodziewać autonomicznych pojazdów, a ubędzie nie tylko zawodowych kierowców, ale także np. pracowników zakładów gospodarki odpadami. Magazyny będą przez ludzi monitorowane, ale na hali będą pracowały wyłącznie maszyny. Transport, produkcja oraz branża budowlana będą najsilniej dotknięte tą falą automatyzacji. Człowiek będzie w dalszym ciągu odpowiadał za architekturę oraz zarządzanie, ale szereg skomplikowanych zadań, także tych w nieprzewidywalnym środowisku będzie mogła być wykonana przez maszyny. Czy ta fala pozwoli na stworzenie nowych miejsc pracy (bo redukcja zatrudnienia w wielu zawodach jest oczywista)? Do tego czasu mogą powstać zupełnie nowe branże i rynki – analitycy z MGI zakładają, że w latach trzydziestych blisko 10% stanowisk pracy będzie w zawodach, które dziś nie istnieją. Ta fala może przynieść znaczne wzrosty produktywności, co pozwala mieć nadzieję, że rozwój gospodarczy przyczyni się do zwiększenia popytu na pracę, której nie będzie można wówczas zautomatyzować.

Ciąg dalszy w dwóch następnych artykułach.

Adam Pokrzywniak, Optivo Consulting