Kolejny raz spotykam firmę, w której kierownicy nieomal cały swój czas poświęcają zapobieganiu konsekwencjom trudnych sytuacji, jakie napotykają oni i ich podwładni (przygotowanie produkcji i produkcja), czyli zajmują się tzw. gaszeniem pożarów. Zarząd firmy nie tylko to toleruje, ale też docenia. Kierownicy mają poczucie dobrze spełnionego obowiązku.

Próbowałem położyć temu kres. Trzeba likwidować przyczyny pożarów, a nie skupiać na ich gaszeniu. Bez powodzenia. Mówiłem i pisałem, że kiedy kierownicy zajmują się głównie gaszeniem pożarów wynikających, np. z przestojów w produkcji albo z wad jakościowych, fluktuacji itp., a my im jeszcze za to płacimy pensje myśląc, że w ten sposób ratują firmę z opresji, postępujemy tak jakbyśmy wyrzucali za okno pieniądze.

Opanowany kryzys to jedynie powrót do sytuacji, w którą cały czas jest wbudowany jakiś problem, więc pożar z pewnością kiedyś znowu wybuchnie. To z tym problemem trzeba było coś zrobić, ale oni tego nie zrobili (sic!). Kierownicy gaszący pożary nie są warci swojego wynagrodzenia! Wartościowi dla biznesu są tylko ci, którzy skupiają się na unikaniu powstawania nowych pożarów. Pozostali, albo niech do nich dołączą, albo będą spychać firmę w otchłań. Ale to tłumaczenie nie działa.

Czy to jest niechęć do przyznania się do wcześniejszej błędnej oceny sytuacji? Czy może niezrozumienie?  A może to tak ma być, bo wtedy wszyscy są szczęśliwi?

Jerzy Fiuk, Szczecin