Kto pierwszy pójdzie na zieloną trawkę, ponieważ zastąpią go w pracy roboty? Robotnicy niewykwalifikowani? Ogrodnicy? Księgowi? Kierowcy? Kasjerzy? Górnicy? Handlowcy? Doradcy finansowi? Prawnicy? Dyrektorzy?

Żeby to ocenić – i swoją własną perspektywę zawodową –  trzeba wziąć pod uwagę i dojrzałość technologii, i zdolność otoczenia do jej przyjęcia i stosowania, i opłacalność zmiany człowieka na maszynę lub algorytm, i interesy wielkich tego świata, i zdolność różnych grup społecznych i zawodowych do obrony swoich interesów, i jeszcze sporo innych okoliczności. Mało kto je ogarnia wszystkie, więc ufamy różnym raporty, zapominając że zdecydowana większość z nich jest finansowana przez podmioty, dla których jest to działanie marketingowe. Nie znaczy, że one są z gruntu nieuczciwe. Jest w nich sporo cennej wiedzy, ale jest i zadana teza.

Czytam, czytam, czytam te raporty, naprawdę niemało, i niepokoję się coraz bardziej, zwłaszcza że jednocześnie uczestniczę w dziesiątkach rozmów i licznych projektach, które dzieją się wśród uczestników Klubu Dyrektorów Finansowych „Dialog”, głównie dzięki programowi Digital Finance Excellence.

Coraz częściej wydaje mi się, że pochopnie kwalifikujemy zawody i stanowiska, które jako pierwsze pójdą pod nóż w wyniku postępu technologicznego. Powszechna narracja mówi o zastępowaniu pracowników przez systemy IT i roboty software’owe w rutynowych, nudnych, powtarzalnych, czasochłonnych czynnościach, raczej nie tworzących wartości, ale koniecznych do wykonania. Dzięki technologii specjaliści nie będą „wklepywać” danych, sprawdzać różnych informacji, pisać setek emaili, pilnować czy inni pracownicy zrobili swoją robotę. Będą wykonywać ambitniejszą robotę, wymagającą więcej inteligencji i wiedzy, np. analizować i budować różne scenariusze, interpretować przepisy, wymyślać produkty, obsługiwać nietypowe transakcje, kontaktować się z klientami.

A więc czujmy się bezpiecznie – roboty zrobią to, czego ludzie nie chcą robić, a musi być zrobione. Na pewno? Przecież ci, którzy mówią o uwolnieniu od rutynowej pracy, na tym samym oddechu dodają, że lada moment do tych dość prostych technologii informatycznych zostanie dołączona sztuczna inteligencja, a ta to dopiero potrafi, ho, ho. To będzie dopiero pomoc. Może i będzie. Ale na pomocy może się nie skończyć, lecz skutkować kolejną odsłoną przejmowania pracy, a więc i odsuwania od niej ludzi.

Jak to jest z tą sztuczną inteligencją?

A może najpierw, jak to jest z ludzką inteligencją. Czy bycie inteligentnym jest czymś trudnym? Czy jest stałą cechą człowieka?  Czy jest czymś coś pozwala nam czuć się lepszymi niż inni? Wydaje się, że tak, dlatego tak dumni jesteśmy, gdy ktoś mówi, że jesteśmy inteligentni. Są też specjalne testy na inteligencję, których dobre wyniki eksponujemy publicznie i w celu zdobycia wyższego miejsca w hierarchii zawodowej, społecznej, towarzyskiej.

(A tak dla przypomnienia: tzw. iloraz inteligencji jest jednym z tych przypadków, gdy nauka zbłądziła. Powstał na początku XX w. w pracowni francuskiego psychologa Alfreda Bineta, aby oddzielić uczniów, których wiek umysłowy (określany arbitralnie) jest niższy niż wiek biologiczny, i tym uczniom pomóc w nadrobieniu zaległości, a zatem i uzyskaniu lepszego wyniku IQ. Potem ten test był używany głównie do dzielenia ludzi na lepszych i gorszych, uważany za stałą wrodzoną, a nawet dziedziczną cechę. Zapomniano o jego pierwotnym celu odkrywania uczniów, o których trzeba zadbać, aby lepiej wykorzystali swój potencjał umysłowy.)

Inteligencja i myślenie abstrakcyjne jest stosunkowo młodym osiągnięciem człowieka w historii ewolucji świata naturalnego, to raptem może 100 tys. lat, a tylko kilka tysięcy ostatnich ćwiczymy liczenie, geometrię, logikę, gry, inżynierię, filozofię. To bardzo krótko w porównaniu z innymi umiejętnościami, które człowiek ćwiczy od milionów lat, jak np. rozpoznawanie twarzy i głosu, uważna obserwacja, chwytanie przedmiotów, zdolności społeczne, przemieszczanie się, ustalanie celów, odkrywanie ludzkiej motywacji. Tak, tak , wydawałoby się tak różne umiejętności – pomieszane mityczne miękkie i twarde – dzieją się na poziomie organizmu i mamy je tak głęboko zakorzenione, że robimy to nieświadomie, a więc nie sprawia nam trudności. Nie wydaje nam się, że zaprzęgamy do tego inteligencję, a jak najbardziej robimy to.

Inteligencja jest trudna dla człowieka, bo jest młodą mało przećwiczoną zdobyczą w jego ewolucji. Dlatego z ulgą przyjmujemy pomoc sztucznej inteligencji. Ale już nie bierzemy pod uwagę, że oto dajemy jej pole do doskonalenia się, podczas gdy sami przestajemy ćwiczyć i cofamy się.

Człowiekowi trudność sprawia zapamiętywanie i przeszukiwanie dużych zbiorów danych i ich porównywanie, gra w szachy, rozwiązywanie problemów geometrycznych, budowanie alternatywnych scenariuszy, rozwiązywanie równań z wieloma niewiadomymi, liczenie, określanie sensu życia. A nie sprawia trudności chodzenie na dwóch nogach, rozpoznawanie twarzy na starym zdjęciu, odróżnienie stołu od filiżanki, znalezienie drogi z pokoju do kuchni czy rzucenie się do ucieczki w odpowiednim momencie, bo to mamy na poziomie organizmu, a nie umysłu, bo to doskonaliliśmy od milionów a nie tysięcy lat.

Wydaje nam się, że dla sztucznej inteligencji jest tak samo, dlatego nas zachwyca wygrana komputera w szachy i podświadomie wydaje nam się, że ta nowa sztuczna istota ma opanowane również to, co my mamy w odruchach organizmu i teraz będzie tylko zdobywać nowe obszary zastrzeżone dotąd dla ludzkiego intelektu.

Otóż nie. Sztuczna inteligencja nic nie ma w „genach”, choć pewnie jakoś inaczej nauczymy ją tego, co my mamy w odruchach, za to ma doskonałe warunki do rozwijania się w pracy umysłowej, bowiem w przeciwieństwie np. do umiejętności motorycznych czy społecznych, abstrakcyjne zaawansowane rozumowanie wymaga niewielkich mocy obliczeniowych. To dlatego komputery wygrywają z dorosłymi w szachy, ale nie umieją tego, co umieją już małe dzieci, np. w sferze odbierania cudzych emocji czy zręczności manualnej, a to wymaga nieporównywanie większej mocy obliczeniowe niż gra w szachy. To dla większości ludzi brzmi niewiarygodnie, bowiem nauczyliśmy się wiązać sztuczną inteligencję ze znacznym wzrostem potencjału obliczeniowego komputerów, a o sobie w tych kategoriach nie myślimy.

Owszem, rzeczywiście ta moc komputerów wzrosła niesłychanie w ostatnich czasach, ale w porównaniu z człowiekiem to ciągle drobiazg! Człowiek ma nieporównywalnie większe „moce obliczeniowe” niż jakikolwiek komputer, ale są zaprogramowane w naszym organizmie i działają w ogóle nie angażując do tego naszej świadomości.

 

Tylko czy coś z tego wynika?

 

Dwie konsekwencje. Po pierwsze, jeśli rzeczywiście stworzymy również ogólną – a nie tylko jak teraz wyspecjalizowaną – sztuczną inteligencję, to ona będzie dużo lepsza od nas w rozumowaniu, właśnie inteligentniejsza i stworzy świat stosowny dla siebie, a nie dla człowieka,  a wtedy ten nasz superkomputer w postaci organizmu stanie się zupełnie bezużyteczny i staniemy się bezbronnymi niższymi istotami. Albo dojdzie do konfrontacji: człowiek – nowa istota, i może, może nasz organizm pokaże wszystko to, co potrafi nieświadomie, w świadomy sposób, skierowany na obronę najwyższego statusu człowieka w świecie. Tak więc moc nasza jest w naszym organizmie i w tym co umiemy nieświadomie.

A po drugie, wynikają wskazówki i ostrzeżenia już na dzisiaj. Roboty i sztuczna inteligencja uwolni od pracy przysłowiowych „wklepywaczy” danych czy „białkowe” liczydła (uwolni czyli pozytywny efekt), ale zabierze pracę ludziom, którzy właśnie w większym stopniu posługują się intelektem niż szeregowi specjaliści, choć w mniejszym niż wybitni eksperci (zabierze, czyli wyruguje, czyli negatywny efekt). Czyli odbierze pracę całej średniej klasie nauczycieli, lekarzy, prawników, finansistów, doradców, analityków, informatyków, menedżerów, bankowców. A jak im odbierze pracę, to nie będzie ścieżki doskonalenia się na wybitnych lekarzy czy prawników, bo jak mieliby ćwiczyć, zbierać doświadczenia, rozwijać się, gdy tę pracę będą wykonywać inteligentne automaty? Więc w końcu i te zawody zostaną przejęte przez szybko doskonalącą się sztuczną inteligencję albo… staną się niepotrzebne w tym nowym świecie.

Dzisiaj za łatwo zadowalamy się tezą, że roboty uwalniają nas tylko od łatwej i niechcianej pracy. To przecież tylko rozbiegówka: trudna dla robotów (bo to dla nich pierwsze kroki w świecie człowieka), łatwa dla człowieka (bo czuje się jeszcze bezpiecznie jako decydent). Ale coraz bardziej inteligentne, szybko uczące się algorytmy uwolnią nas od inteligentnej pracy szybciej niż od tej prostej i rutynowej. Bo do tego je stworzyliśmy, do tego co nam trudno przychodzi. Im bardziej inteligentna praca, tym będziemy łatwiejsi do zastąpienia. Praca dla ogrodników i kucharzy raczej będzie zawsze, ale czy to jest szczyt ludzkich ambicji?

Wydaje mi się, że pojedynczy człowiek czy nawet firma, państwo, organizacja, nic w tej sprawie nie może zrobić. Ludzkość, owszem.

Iwona D. Bartczak